Praca kuratora to praca z ludźmi. I papierami, lecz w tym artykule skupić się chcę akurat na ludziach. Niektóre z osób które zmuszony jestem poprzez swoją pracę odwiedzić w niezbyt korzystnych dla nich okolicznościach, to osoby określane jako „zagrożone wykluczeniem społecznym”. Jednym słowem rodziny, które poprzez swoje postępowanie i tryb życia w jakiś określony sposób zaniedbują dzieci będące pod ich opieką. Udając się w środowisko muszę ustalić, czy zawiadomienie które wpłynęło do Sądu nie tylko z takich instytucji jak szkoła, Ośrodek Pomocy Społecznej czy Policja ale także donosy anonimowe, mają odzwierciedlenie w rzeczywistości. Dlatego wykonując wywiady środowiskowe w tak zwanym postępowaniu rozpoznawczym, bardzo często spotykam się z kłamstwem. Kłamstwem które ja określam „wybielającym”, kłamstwem „wrodzonym” i kłamstwem „wyrafinowanym”.

fot. pixabay.com
fot. pixabay.com

Kłamstwo „wybielające” jest niczym innym jak zbagatelizowaniem informacji o nieprawidłowościach w rodzinie, albo umniejszeniem wagi problemu. Najczęstszym objawem jest zwalanie winy na dziecko, które wygląda na przykład tak:

Bo wie Pan. Ja go ubieram, tylko dzieciak sam się przebiera i ja nie widzę jak on do szkoły poszedł. Ja mu się każe myć, ale on mnie nie słucha. Panie, jak idzie do szkoły to zawsze gdzieś się wybrudzi, kiedyś nauczycieli tak się nie czepiały”.

Tak mniej więcej wyglądają najczęstsze tłumaczenia rodziców, w szczególności matek, gdy Sąd otrzymuje zawiadomienie ze szkoły o zaniedbaniach higienicznych wobec dziecka. Okazuje się nagle, ze to nie rodzic doprowadził do takiego stanu rzeczy, tylko dziecko samo, jakby wszystkim na złość, bo przecież mamusia z tatusiem dbają i chuchają na nie.

Kolejny typ kłamstwa określiłem jako „wrodzone”. Rodzice go używający w moim odczuciu są przekonani, że mówią najprawdziwszą prawdę, choć fakty same temu przeczą. Tłumaczenia najczęściej brzmią tak:

Moje dziecko jest grzeczne, ono by nigdy tego nie zrobiło. To niemożliwe, nauczyciele są na niego uwzięci, sam mi zresztą o tym mówił. Moje dziecko nie jest zdolne do takich rzeczy”.

Zaprzeczenia, zaprzeczenia, zaprzeczenia. Tacy rodzice są święcie przekonani w niewinność dziecka, wypierają ze swojej świadomości że to jednak oni są często pośrednimi lub bezpośrednimi sprawcami. Rozmowa z nimi to męka. Jakiekolwiek próba uświadomienia im że jednak błąd może być w nich, albo przynajmniej leży pośrodku powoduje ogromną falę wzburzenia. Najbardziej w pamięci utkwiła mi sprawa pewnej nauczycielki, której dziecko było bardzo agresywne. Nauczycielka ta mieszkała ze swoją matką, także nauczycielką, tylko emerytowaną. Dziecko w drugiej klasie szkoły podstawowej zaczęło zachowywać się agresywnie, bić i kopać inne dzieci, przeszkadzać nauczycielom w prowadzeniu zajęć, stosować wulgaryzmy. Brak wzorca męskiego i bezstresowe wychowanie, a także traktowanie dziecka „że wszystko mu się należy” spowodował, że stało się one nieznośne z powodu zaburzonego procesu socjalizacji. Babcia z mamą, jako nieomylne skłóciły się z całą szkołą, pokłóciły się z rodzicami innych dzieci i w konsekwencji przeniosły dziecko do innej placówki. Tam sytuacja się powtórzyła, lecz panie – nasze bohaterki cały czas trwały w przeświadczeniu, ze to wina nauczycieli i innych dzieci.

Ostatnim rodzajem kłamstwa to kłamstwo „wyrafinowane”, perfidne. Ma ono za zadanie ukryć prawdę, wprowadzić w błąd. Kłamstwo to służy często manipulacji, celowemu oszustwu. Osoby kłamią, że były pijane, kłamią że ojciec czy matka dziecka nie kontaktuje się z nim, kłamią często by zyskać jakąś przychylność, zrobić dobre wrażenie, albo oszukać, że jednak rzeczywistość wygląda inaczej niż jest naprawdę. Takie kłamstwa czasami są wręcz komiczne, jak sytuacja gdy widziałem jednego z moich nadzorowanych, gdy zataczał się idąc chodnikiem. Gdy kilka dni zadałem mu pytanie o spożywanie alkoholu, za wszelką cenę starał się przekonać mnie że on nie zataczał się, tylko po prostu się potknął o krzywy chodnik. Podobnie jak jego żona, która rozbiła sobie nos o szafkę w przedpokoju „…bo wie pan, ciemno było i się schyliłam i nie zauważyłam…” choć szafka ta wisi tam od 20 lat a obrażenia wskazują raczej na pięść współmałżonka.

Jako kurator muszę być dobrym obserwatorem. Nie skupiać się tylko na tym, co mówią moi rozmówcy, ale obserwować ich zachowania niewerbalne. Ich gesty, ich zachowania, ton głosu, to w jaki sposób patrzą na swojego partnera, jak się zachowują. Kurator musi umieć zanalizować informacje jakie do niego docierają i przedstawić jak najbardziej obiektywny, a zarazem rzeczywisty obraz rodziny. Choć i czasami się zdarza, że prawda wychodzi dopiero po latach…