Nadchodzi ten moment, bo na świat przychodzi pierwsze dziecko. Oczko w głowie – owoc miłości obojga rodziców. Potem drugie, niekiedy też trzecie. Tworzy się tradycyjna rodzina. Tkanka społeczna się rozrasta. Zaczyna się proces wychowania, ale do głosu wielu rodziców, wkracza też ambicja. I wkrada się cichy plan, aby dziecko stało się lepszą wersją mnie, bo przecież nie wszystko w życiu udało się zrobić i nie wszystko uda. Dochodzi do zarażenia gotowymi wzorami wyznaczonych celów, które w przyszłości mają osiągnąć dzieci. Rozpoczyna się posyłanie pociech do szkółek piłkarskich, językowych, czy na lekcje tańca. Po latach przychodzi zdziwienie, nasze dziecko jest już prawie dorosłe, ale robi coś zupełnie innego niż byśmy chcieli. Chce żyć po swojemu. Nie chce być przedłużeniem pragnień rodziców.

Rozmaite programy talent – show, zalały stacje telewizyjne. Nie tylko dorośli, ale również same dzieci – stały się bohaterami. Teraz dumnie pokazują swoje ponadprzeciętne umiejętności. Widzowie i publiczność klaszczą – cieszą się, bo nadchodzą „Mali giganci”. Potrafią wyczyniać różne, niezwykłe rzeczy. Stać ich na wiele; śpiewają, tańczą, błyskotliwie operują słowem, a wszystko w imię rywalizacji.

Ścigają się o popularność, zwycięstwo, a może sława w przyszłości im się zdarzy. Choć, istnieje podejrzenie, że kompletnie nie pojmują tych słów, które pochodzą od dorosłych. Jedno jest pewne, emocji nie zabraknie. Ktoś się bawi – publiczność szaleje, a ktoś bawić się nie może. Plac zabaw okazuje się mniej waży, ale scena i sukces staje się wszystkim. Ale dla kogo? Komu bardziej zależy? Rodzicom, czy ich dzieciom? Kto kogo napędza? Kto buduje marzenia? Kto je rujnuje?

Proces ten odbywa się w rytmie rywalizacji, towarzyszą temu celne oceny. Często z druzgocącą siłą miażdżą poczucie wartości wielu dzieci. My, dorośli i widzowie obecni w studio i przed telewizorami uśmiechamy się i podziwiamy dziecięce zmagania. A co robią pociechy, którym wmówiono, że osiągną sukces, ale w finale dzieje się inaczej i przegrywają? Mogą nawet targnąć się na życie, bo na świecie do takich przypadków już dochodziło.

Dzieci, często mają wtłaczane do głów, kim zostać powinni. Wysłuchane są na niby, pozostawione bez zdania racji. Zostały przekone przez dorosłych rodziców, że świat ich marzeń jest bajką bez większych szans na spełnienie. I tak podcina się im skrzydła. Motywacja z wyborem pozorowanym. Teraz młodzi ludzie, uczą się by zostać lekarzami, prawnikami, aktorami. Wykonują zawody za uciążliwą namową rodziców. Daleko od świadomej decyzji. Po prostu przystali na gotową opcje, a potem płyną dalej z nurtem przyzwyczajeń. Niekiedy są zapatrzeni, bo chcą doścignąć rodziców. Ulegają tresurze władzy rodzicielskiej i potem już nie mogą inaczej. Trzeba zachować rodzinną tradycję, spełnić pokładane nadzieje. Nie można dać plamy, bo przecież wszyscy dookoła mają oczekiwania.

Czasem daje o sobie znać stanowczy sprzeciw okazany rodzicom, co grozi ukaraniem. Wtedy pojawia się oziębłość emocjonalna i terror psychiczny. Ostatecznie, dochodzi do głosu szantaż pod tytułem. – Dopóki tu mieszkasz, masz robić co mówię. Inaczej wypad. Będziesz na swoim, będziesz robił/robiła, co chcesz. Niestety, władza rodzicielska bywa wykorzystywana w sposób instrumentalny. Co jest ważniejsze? Chore ambicje przenoszone na dzieci? O co tu chodzi? O Szczęście dziecka? Czy o szczęście rodziców za wszelką cenę? Akceptacja, rozumienie i wspieranie decyzji dorastających dzieci?

Na szczęście są też dzieci, które robią swoje. I nawet jeżeli idą w ślady rodziców, to dochodzą do tego same, bez uporczywej namowy. Ciągłe trucie, uniemożliwia lub odwleka w czasie, dokonywanie autentycznych wyborów oraz osiaganie celów przez nasze dorastajace dumy. Zastanówmy się zanim powiemy i zdecydujemy, bo dziecko słucha, patrzy i czuje…

Do kogo więc należy ostatnie słowo?

Damian Młodecki